Skok na bungy + wideo

0

Kto by pomyślał, że odważę się skoczyć na bungy. Nigdy mi to przez myśl nie przeszło. Nawet bym nie wpadła na taki pomysł. Aż pewnego dnia taki jeden wariat wykupił 4 atrakcje w Queenstown w Nowej Zelandii, do której się wybieraliśmy. Oczywiście powiedział mi o tym po fakcie. Pierwszą z atrakcji był lot helikopterem do ujścia rzeki – myślę sobie super. Stamtąd mieliśmy się udać na spływ pontonami, tzw. ‘white water rafting’. Już raz byłam i trochę się bałam, ale pomysł mi się podobał. Trzecią atrakcją miała być szybka jazda łódką między klifami. Też trochę się bałam, ale co tam, ‘jedziemy na maxa’. I ostatnią z atrakcji na dzień – skok na bungy. I oczywiście z góry założył, że jestem mięczak i pewnie i tak nie skoczę. To się nazywa wiara w swoją drugą połówkę… Bałam się jak nie wiem, ale nikt nie będzie mi wmawiał, że jestem mięczak. Powiedziałam, że skoczę. Chyba z miesiąc wyobrażałam sobie jak to będzie. Przed wylotem ćwiczyłam skoki… z kanapy 🙂 . Liczyłam do 3, po czym krzyczałam BUNGY i dosłownie ułamek sekundy później lądowałam na podłodze. Prawdziwy skok trochę różnił się od tych próbnych.

W dniu, w których wybieraliśmy się na wyżej wymienione atrakcje coś nie miałam apetytu. Ciekawe, czemu? 🙂 W drodze do biura firmy Nevis, które zajmowało się naszą rezerwacją miałam nadzieję, że skok będzie z rana, a okazało się, że skaczemy dopiero po południu. Wyobrażacie sobie to czekanie? Byłam tak przejęta innymi wydarzeniami, które na nas czekały tego dnia, że całkiem zapomniałam o skoku. Aż dojechaliśmy na miejsce i zobaczyłam skąd mam skakać. Przed oczami pojawiła mi się stacyjka zawieszona 134 metrów nad doliną.

DSC_3449

Dojazd małą kolejką do stacji przyprawił mnie o dreszcze. Podłoga była zrobiona z przezroczystego szkła więc mogłam oswoić się z widokiem. Skakaliśmy od najcięższego do najlżejszego. Czyli znowu czekałam do końca. Przede mną było z 6 osób. Każdy skoczył i chwilę później był z powrotem u góry, na platformie. Jedna dziewczyna wahała się przez około 5 minut, ale skoczyła. Nadeszła moja kolej. Instruktor od początku nazywał mnie Crazy Karolina, czyli szalona. Muzyka dudniła. (Teraz sobie przypominam skok i cała się trzęsę). Szybkie przygotowania: pasy, liny przyczepione, krótka instrukcja co i jak i zapraszają na platformę. Nie było czasu nawet o niczym pomyśleć. Szybko spojrzałam w dół i powiedziałam sobie, że to zrobię. Zupełnie odcięłam sowje myśli, jakbym odłaczyła się od tego co się w danym momencie działo. Nagle słyszę instrukcje: Ok crazy Karolina, one, two, three, BUNGY! Sekundę się zawahałam, ale pamiętałam słowa instruktora: im dłużej się będziesz zastanawiać, tym bardziej będziesz się bała. Skoczyłam! Zupełnie nie pamiętam skoku. Pamiętam, jak wisiałam, cała się trzęsłam. Najbardziej jednak bałam się, jak wciągali mnie do góry i lina cały czas trzaskała, jakby zaraz miała pęc.

DSC_3481

DSC_3484

DSC_3500

Ale się cieszyłam, jak już stałam na nogach. Aż do momentu, kiedy dowiedziałam się, że ‘wariat’ dokupił jeszcze ‘huśtawkę’ (największą na świecie). Wisieliśmy 160 metrów nad rzeką na 120 metrowej linie. Trzęsłam się ze strachu i spanikowana już chciałam zejść, ale instruktor poprosił o szybkie zdjęcie. Mieliśmy uśmiechnąć się do aparatu nad nami i zejść z huśtawki. Szukałam go nad głową i w tym momencie zaczeliśmy spadać w dół. Nasze huśtanie rozciągało się na długośc 300 metrów. Piszczałam jak szalona. Żadnego aparatu nie było! Po tych szaleństwach obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie skoczę na bungy.

Poniżej możecie zobaczyć wideo ze skoku.

Zwróćcie uwagę, na moją zmartwioną minę i jak nerwowo pocieram ręce o nogi 🙂 .

Kto by się odważył skoczyć?

 

0

Facebook - Komentarze

Komentarze do “Skok na bungy + wideo”

Zostaw komentarz

  • subskrybuj



  • Najczęściej komentowane